Kabaret HRABI... jestem juĹź w wieku, w którym powiedzonko "Ĺmiech to zdrowie" przestaje obowiÄ
zywaÄ w sposób prosty. Nadal Ĺmiech jest dla mnie najpewniejszym sposobem pozyskiwania tlenu, ale pozyskanem tlenem muszÄ juĹź gospodarowaÄ racjonalnie. PrzeznaczaÄ go a to na wzruszenie, a to na zamyĹlenie, a to na inne, zbawienne dla duszy, ale wysoce tlenoĹźerne wykwintnoĹci. Kabaret HRABI daje mi taki komfort. Ĺťe i uĹmiejÄ siÄ, ale i uĹmiechnÄ. ChoÄby dlatego, Ĺźe naigrywajÄ
siÄ z gĹupoty czĹowieka, owszem, ale z wyraĹşnÄ
troskÄ
o niego. W podtekĹcie kaĹźdego skeczu (czyli w podskeczu) widoczne jest miĹosierne "kaĹźdemu siÄ moĹźe zdarzyÄ" i optymizmem tchnÄ
ce "mogĹo byÄ gorzej". Kamol (Dariusz Kamys) ma tÄ wyjÄ
tkowÄ
umiejÄtnoĹÄ, Ĺźe specyficznym pararacjonalizmem, czĹeka wstÄpnie rozmiÄkcza (do ubezwĹasnowolnienia wĹÄ
cznie) i potem juĹź wspólnie koĹczÄ
dzieĹo. Nim siÄ czĹek obejrzy - Ĺmieje siÄ. I uĹmiecha. A na podchwytliwe pytanie : A KoĹaczkowska ? - Odpowiem : Aaaa... KoĹaczkowska - to jest KOĹACZKOWSKA. I juĹź.



